poniedziałek, 23 maja 2016

Spiel achtundzwanzig

     - Rose, powinnaś wiedzieć, na co się piszesz, kiedy tylko nawiązywałaś z nim jakiekolwiek kontakty. Że Twoje życie będzie bacznie obserwowane i to nie tylko przez niego.
     Wiem, na co się pisałam. Ale nie myślałam z początku, że to się tak skończy. Naprawdę. Liczyłam, że to zlecenie jak każde, a jak to wyglądało w rzeczywistości jest dobrze znane każdemu. Padłam ofiarą najgorszej choroby - miłości. Odwzajemnionej? Nie wiem. Mimo tego, iż powiedział, że mnie kocha... Że kocha naszą dwójkę...
     - Powiedz coś, Rosalie.
     Mówiła jak do ściany kilkanaście minut. Nie reagowałam, nie wiedziałam nawet, jak zareagować.
     - Uwierz, Holger nie chce teraz robić tego wszystkiego dla mediów. Do tej pory ma sobie za złe to, że uległ ich presji.
     Dalej milczałam, uparcie wpatrując się w okno. Zaciskałam dłonie na parapecie, tocząc mozolną walkę z emocjami. Ból serca był chyba jeszcze gorszy.
     Potrzebowałam psychicznego wsparcia. Słowa otuchy, które było przepełnione szczerymi uczuciami do mojej osoby. Czy to naprawdę wiele?
     - Co Ci mam powiedzieć? - nadal się na nią nie patrzyłam. - Co chcesz usłyszeć? Że chciałam spokojnego życia? Każda z Was o tym marzy. No chyba, że samemu jest się takim, jak oni. Ale ja nie jestem, nie pasuję do Waszego świata.
     - Pasujesz do niego i to o wiele bardziej, bo wiem, że o to, co teraz masz sama walczyłaś - zacisnęłam mocniej powieki. - Wybiłaś się samodzielnie, bez niczyjej pomocy... Nie tak jak większość dzisiejszych, które tylko na to liczą.
     - Skąd to wiesz? - wtrąciłam się w jej wypowiedź.
     - Wiem, jak wygląda człowiek, który pracuje o wszystko, Rosalie. Cieszy się ze wszystkiego, tak samo jak i Ty. Miałam styczność z osobami, które wszystko to, co Ty masz, dostawały na gotowca. Wiem także, bo... Sama walczyłam. Doznałam wielu porażek, ale z każdej wznosiłam się jeszcze wyżej. Wszyscy myślą, że to dzięki Mario, ale nie. A przynajmniej nie do końca.
     - I co to ma się do mnie? - prychnęłam. - Jestem za słaba na podnoszenie się z chociażby najmniejszego dołka. Jestem nic nieznaczącym pionkiem w jego życiu.
     Każde słowo wypowiadane przeze mnie było sztyletem wprost w jego serce. Sama też cierpiałam, a mimo to... Dalej w to brnęłam.
     Cisza trwająca między nami była potwornie przytłaczająca. Ulgę przyniósł mi telefon do niemieckiej modelki. Chciałam stąd uciec i to jak najdalej. Zabrać moją małą córeczkę i stąd zniknąć, wiedząc, że znów będę z dala od nich. Od tych, do których ponoć przynależałam.
     Chciałam wreszcie zaznać spokoju, zniknąć w swoim azylu... W azylu, który był jego ramionami...
     - Dość - powiedziałam sama do siebie płaczliwym tonem. Za dużo bycia mameją, pora wreszcie dorosnąć. Ile ja mam lat, do cholery? Siedemnaście? Chyba chciałabym tyle mieć. Wtedy moją jedyną rozterką było to, czy zdążę na zajęcia z fotografii, które znajdowały się na drugim końcu miasta.
     Vida długo nie wracała. Zaczynałam się powoli denerwować. Gdzie jesteś, o pani wiecznie prawiąca mi moralizujące kazania, które tak naprawdę nic nie dają?
     - Rose, proszę Cię o jedno - wyszeptała błagalnie, drżącym głosem. Czułam się potwornie, fizycznie i psychicznie, miałam dość. Niech to się wreszcie skończy...
     - O co - warknęłam prawie krztusząc się łzami, które ciurkiem spływały po policzkach.
     - Powiedz mi szczerze... Kochasz go?
     - Jaki to ma teraz sens, skoro słowa znaczą tyle, co nic?
     - Właśnie, że nie. Słowami opisujesz uczucia, które towarzyszą Tobie non stop - w sumie...chyba miała rację. Gdzie chyba, na pewno. Ale... Czy to ma jakiś sens? Co teraz da, jak powiem jej, że go kocham?
     - Tak...kocham go - powiedziałam cicho po chwili zastanowienia się nad tym, czy to powiedzieć. - Praktycznie od samego początku naszej "znajomości". I mimo tego wszystkiego, co się stało... nie potrafię przestać.
     Nikt nic nie mówił. Słyszałam tylko swój szloch i postrzępiony oddech. Chociaż... Czy tylko aby na pewno te dźwięki?
     Poczułam jak ktoś mnie obejmuje. Silne ramiona. Te same ramiona... Nie wytrzymałam i... już nie szlochałam, a płakałam. Nie płakałam, a ryczałam... Ryczałam jak dziecko.
     Ten obrócił mnie przodem do siebie i przytulił do swojej piersi. Jego nos zanurkował w moich włosach, a dłonie gładziły po całej długości pleców. Wtuliłam się w niego, mocno go obejmując. Dokładnie teraz poczułam, jak wszystko we mnie składa się do kupy i chce żyć. Wcześniej... Dotarło do mnie, że wcześniej stwarzałam pozory, że jest dobrze, że wreszcie jest dobrze. Jak bardzo się myliłam...
     - Słowa mają sens, po prostu... Trzeba go znaleźć - powiedział cicho, ujmując moją twarz w swoje dłonie. Nie chciałam, aby teraz się na mnie patrzył. Na mnie w momencie, kiedy ponownie byłam na dnie. - Jestem świadomy, że od razu nie będzie dobrze... Ale chcę Ci pokazać, że jest już inaczej. Oraz lepiej. I to o wiele, Rosalie.



dziś nic nie ma sensu, ale ok, niech Ci będzie, Holgi ;; 
nie wierzę, że zbliżamy się do końca... 

4 komentarze:

  1. I mam nadzieję, że teraz będzie co raz lepiej ;)
    Ale zaraz, zaraz... Do jakiego końca? :O
    Nie chce ;'C
    Czekam ;)

    OdpowiedzUsuń
  2. Nje, nje, nje! :C
    Nie pozwalam na żaden koniec :ccc
    Jak zawsze piękne, jak zawsze idealne ♥
    Czekam na kolejny <3
    Buziaki :**

    OdpowiedzUsuń
  3. Oby teraz było już między nimi dobrze! Obydwoje na to zasługują. Muszą razem wychować córeczkę :)
    Czekam na nowość!

    OdpowiedzUsuń
  4. bożeee, ta końcowka! :( <3
    niech już bedzie miedzy nimi w porzadku, musi byc :c
    czekam nn <3

    OdpowiedzUsuń